43 twarze Schulza, czyli opowiadanie przez dopisywanie

43 autorów i autorek, 2 miesiące pracy, kilka zwrotów akcji i mrożących krew w żyłach momentów… czyli napisaliśmy wspólnie opowiadanie!

Nasi twórcy mieli dopisać do opowiadania tekst o długości nieprzekraczającej 1/3 strony maszynopisu. Znali jedynie fragment przygotowany przez poprzednią osobę. Zaangażowanie naszej załogi w zabawę było niesamowite! Co z tego wyszło? Koniecznie sprawdźcie, co wydarzyło się u Bruździńskiego i Morawskiej. Miłego czytania!

 

Kiedy wycinasz sobie włosy z nosa, to nie jest najlepszy moment na takie meldunki. Stateczny i pulchny kapitan Bruździński aż podskoczył z bólu i jeszcze boleśniej wyrżnął czołem o sufit koi. Jęk pognał echem po przedziałach i dotarł aż do maszynowni.

– Raaaadio, chyba kpisz.
– Panie dowódco, gdzieżbym śmiał. Na standardowych częstotliwościach cisza. Złapałem cywilne komunikaty. Wygląda na to, że nadal mamy 25 maja… ale 2020 roku.
– No tośmy się wynurzyli chyba gdzie indziej. I kiedy indziej. Cholera…
– Nie cholera. Mówią na to „korona”. Jest już chyba po wojnie, ale walczą z jakąś zarazą.

– Dowódco, co więc uczynimy dalej? Zapasów wystarczy nam zaledwie na szesnaście dni. Z apetytem Bolka możliwe, że na dziesięć. Musimy jak najszybciej znaleźć sposób na uzupełnienie kończącej się żywności.
– Po pierwsze musimy zebrać załogę i stworzyć plan! Zwołaj wszystkich. Dziś punktualnie o 14:36 wszyscy mają się pojawić u mnie w biurze. Bez wyjątku!
Od 14:20 kolejno zaczęli się pojawiać w umówionym miejscu członkowie załogi. Gdy wybiła godzina 14:36, kapitan rozpoczął odliczanie.
– Brakuje dwóch! – stwierdził Bruździński – znajdźcie ich i przyprowadźcie do mnie!
Gdy tylko załoga opuściła biuro, odezwał się głos z radia:

– Szefie, oni nas tu wszystkich zzz… shhhh… zzz…
Twarz Bruździńskiego stężała gwałtownie, próbował wsłuchać się w trzask dobiegający z kewlarowej membrany krótkofalówki. Co prawda monsun w tym roku przyszedł szybciej i spowił gęstą zasłoną przedmieścia jak nigdy wcześniej w XXI wieku, ale świeżo wyskalowany higrometr z Mango Teleindustries jeszcze nie zaczął pulsować czerwoną diodą jak w pamiętnym 97 we Wrocławiu, kiedy zwłoki mleczarzy pływały w kanałach Odry, a Bruździński terminował w OHP, samozwańczo kierując spalarnią bezpańskich psów. Dziś zatem nic nie usprawiedliwiało dwóch wielkich kropli potu straceńczo podążających w dół po wygolonych skroniach kapitana. Nic, poza nieodpartym poczuciem strachu, niepewności i braku kontroli nad tym całym syfem.

– Szefie, dobrze mnie słychać? – krótkofalówka ponowiła zapytanie podirytowanym głosem. – Tak, porucznik Morawska, co tam? – odparł.
– Szefie, z całym należnym szacunkiem, ale kto wpadł na ten poroniony pomysł, żeby do załogi wcielić tych debili z EXZ? Wczoraj jeden z nich zapytał mnie, co to jest metasoniczny amarant do jonizacji sfery ciemnej. No przecież, do cholery, to są podstawy zarządzania kwantowymi materiałami radiacyjnymi. W podstawówce tego uczą! – zagrzmiała porucznik.
– Dziękuję za informację, Morawska, zajmę się tym, mam teraz inne połączenie – odrzekł Bruździński.

Odłożył słuchawkę, otworzył pojemnik z ulubionymi lodami o smaku aromatycznej truskawki, owinął się najukochańszym kocem. Pomyślał, że to smutne, że nigdy nikomu nie będzie mógł pokazać swojego koca. Koca w najpiękniejsze na świecie motyle.

Morawska odłożyła słuchawkę i zaczęła robić kawę. Kawę czarną i gorzką. Gorzką jak Bruździński. Taaak, cały świat ją wkurwiał, ale z całego świata najbardziej – Bruździński.

Przysłuchująca się rozmowie mucha True zatarła łapy i zabrała się do pracy. Stwierdziła, że ktoś musi załatwić tę sprawę i to będzie właśnie ona.

Ruszać się jak mucha w smole? Kto to wymyślił? Nikt nie zaczął działać szybciej niż True. Smoła to świetny pomysł. Wystarczy, że Bruździński w nią wdepnie, nie wylezie i padnie na upale. Pomysł, że mucha nie siada.

Truskawkowe ulubionymi lodami? Pewnie kocha pizzę z ananasem. Morawska miała wprawdzie adoptować psa, ale jeśli załatwię Bruździńskiego, zasłużę sobie na jej uznanie. Chciałabym w końcu mieć jakiś dom, pomyślała True.

Morawska natomiast siedziała znudzona na balkonie. Gdyby chociaż mucha zjawiła się, mogłabym ją zabić, a później to opisać, pomyślała. Zza jej pleców nadlatywała już True…

– Wiem! – krzyknęła True. Morawska wyrwana z zadumy aż podskoczyła.
– Wiem, jak załatwić Bruździńskiego!
Morawska wykrzywiła usta ze zdziwienia i spojrzała na True, która wlokła ze sobą dziwny pakunek.

– Co tam masz? – spytała.
– A mam! – krzyknęła zadowolona z siebie True. – Pamiętasz ten amulet, który dostałam od babci?
– Ten, który zgubiłaś w zeszłym roku? Ale jak, gdzie? Przecież sama mówiłaś, że przepadł.
– Nie przepadł, tylko dobrze się schował – uśmiechnęła się True. – Kiedyś ci opowiem. Babcia mówiła, że jest magiczny, myślę, że mogę go wykorzystać.
– Ale jak?
– Trochę wiary! I tak nie mamy lepszego pomysłu.

True wyciągnęła amulet. Ów magiczny przedmiot, który miał rozwiązać całą szemraną sprawę z Bruździńskim, wyglądał dość niepozornie. Był mały, zakurzony i przypominał raczej depozyt z targu staroci niż przedmiot obdarzony jakąkolwiek mocą.

– Phi, no teraz Bruździński nam nie podskoczy – powiedziała z nutą kpiny Morawska.
Niezniechęcona uwagą True wzięła szmatkę i przetarła amulet. Jego czarne, obsydianowe oczko zaczęło błyszczeć w słońcu. Nagle rozległo się pukanie do drzwi.

Ku przerażeniu True, pukanie zamieniło się w łomotanie, a potem szarpanie i próbę wyważenia drzwi. Ze strachu schowała się w głębi dużego pokoju, a Morawska podbiegła sprawdzić, co się dzieje. Drzwi z uwagi na swój wiek i źle osadzoną futrynę powoli chyliły się ku upadkowi. Zestresowana True nawet nie zauważyła, kiedy ich jedyny dowód w postaci amuletu wyślizgnął jej się z ręki i roztrzaskał się o marmurową posadzkę. Usłyszała huk. Zobaczyła, jak Morawska upada, a zza drzwi wyskakuje żona Bruździńskiego z nożem.

– Grażyno! – wysapała True, ostrożnie wychylając się z pokoju. Zastygła w przerażeniu. Czuła, jak ciężka kropla potu spływa jej po skroni. Czy to możliwe, żeby Bruździńska wiedziała o amulecie?

– Ach, amulet! – jęknęła w myślach. Jego drobne kawałki wbijały się jej teraz w stopę. Czy bez niego uda się rozwiązać sprawę?

Brudzińska rzuciła True zdezorientowane spojrzenie.

– Aaaaa… – westchnęła i otarła nóż o przerzucony przez ramię fartuch. – Pani Morawska, niech się pani nie wygłupia! Przecież o ten chodnik można się zabić! Trzeba wymienić! – krzyknęła. Odłożyła nóż i wyciągnęła rękę, by pomóc Morawskiej stanąć na nogi.

Morawska niepewnie ujęła podaną jej dłoń.

– Zabić, a to dobre! – pomyślała, przeskakując przez zwłoki leżące w przedpokoju.

– Na to już chyba za późno – mruknęła ponuro, kucnąwszy przy człowieku, który miał jej pomóc w rozwikłaniu zagadki amuletu. Przystojna twarz mężczyzny była pogodna i odprężona. Wyglądał na zatopionego w głębokim, relaksującym śnie.

– Cóż za strata – westchnęła, nie myśląc tym razem o amulecie. Zbliżyła zarumienioną twarz do nieznajomego, pilnie studiując detale jego fizjonomii. Nagle ciało się poruszyło. Morawska odskoczyła z wrzaskiem.

– A to co? – odezwał się jej głos wewnętrzny. Mimo okrzyku mężczyzna nie otworzył oczu. Zwłoki wciąż leżały na kolorowym gumolicie, a nad nimi wesoło dyndał szklany klosz lampy, o którą uderzyła głową, odskakując. Ogarnęła ją paranoja.

– Czy to się naprawdę wydarzyło? – jej twarz wyrażała mieszankę zdziwienia i lęku. Była przekonana, że widziała, jak się poruszył. Morawska stała tak nieruchomo przez parę chwil, oczekując kolejnego drgnięcia. Wtem poczuła coraz mocniej pulsujący ból z tyłu głowy. Sięgnęła do swojej potylicy, po czym spojrzała na swoją dłoń.
– Psia mać. Krew… i łupież.

Stojąc w skonfundowaniu, Morawska zorientowała się, że kątem oka dostrzega niepokojący rozbłysk seledynowej zieleni i amarantu. Wciąż trzymając przed sobą zakrwawioną dłoń, powoli odwróciła się do źródła feerii kolorów, które migały jak w kalejdoskopie przed jej oczami.

Gdziekolwiek była teraz, nie było to już Kansas. Przed nią otwierał swe podwoje Las – szepczący i pulsujący, mienił się i rósł, wyciągając ku niej gałęzie jak topielica dłonie. W rozdygotanym obrazie à la największy koszmar van Gogha ukazał się oto przed nią zupełnie nowy świat. Morawska cofnęła się o krok, niemal potykając o zwłoki za sobą.

Nie miała wyboru, wkroczyła w nieznaną sobie dziką krainę. Nigdy nie lubiła kontaktu z naturą, ale tej nocy nawet las wydawał jej się ciekawszy niż kolacja z przypadkowym mężczyzną, którego ciało właśnie zostawiła leżące w zaroślach. Szybkim krokiem i z równie szybkim biciem serca Morawska przedzierała się przez gałęzie, próbujące zatrzymać ją siłą i niszczące przy tym jej kaszmirowy płaszcz. Szelest i głośny oddech mocno kontrastował z nienaturalną ciszą lasu – jedynego świadka jej zbrodni. Była wściekła, nie tak wyobrażała sobie dzień, który planowała od pierwszych chwil pobytu u teściowej.

Zatrzymała się, popatrzyła w górę. Na niebie świeciły gwiazdy. Wzięła głęboki oddech i zaczęła liczyć. Zanim doszła do pięciu, wszelki strach ją opuścił. Rozejrzała się dookoła i ruszyła w przeciwną stronę. Znów była sobą.

Leżał, gdzie go zostawiła, z głupim uśmieszkiem na twarzy. Morawska zdjęła swój kaszmirowy płaszcz i położyła go na zwłokach. Pomyślała, że płaszcz dopiero teraz wygląda dobrze i poczuła lekkie uczucie zazdrości, że na nim leży lepiej.

W oddali rozległ się głuchy huk wystrzału. Po plecach Morawskiej przeszedł dreszcz podniecenia.

Spojrzała na niego po raz ostatni i oddaliła się z miejsca zbrodni. Miotały nią dziwne uczucia. Strach mieszał się z ekscytacją. Kolejny wystrzał! Tym razem bliższy i doniosły, a do tego jeszcze coraz głośniejsze szczekanie psów. Ruszyła do ucieczki, gubiąc przy tym aksamitny szal. Szybko pozbyła się szpilek i na bosaka pędziła w kierunku wyjścia z parku. Po drugiej strony ulicy stała wolna taksówka. Wsiadła do niej niczym błyskawica.

– Jedziemy! – krzyknęła zdyszana. Kierowca, który właśnie wybudził się z nocnej drzemki, nacisnął na gaz, nie zwracając uwagi na brak podstawowej garderoby klientki.

Siedziała nieruchomo, wpatrując się w zmieniające się obrazy za oknem. Serce waliło jej jak oszalałe. Nagle taksówkarz obrócił się w jej stronę. Jego wyraz twarzy wprawił ją w osłupienie. Oczy płonęły mu szaleństwem i żądzą mordu. Skręcił w boczną uliczkę, a ona, nie tracąc czasu, otworzyła tylne drzwi taksówki i wyskoczyła na mokrą, pokrytą kurzem uliczkę.

Ocknęła się po jakimś czasie. Wokoło było ciemno i cicho. W oddali świeciły się latarnie miasta. – Oni musieli być w zmowie – pomyślała – zorganizowali wszystko w najdrobniejszych szczegółach. O co w tym wszystkim chodzi? Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi.

Poczuła, że ma coś w kieszeni. Na kartce wyrwanej z dziecięcego zeszytu było napisane tylko „Znajdź nas, jeśli potrafisz… podążaj za znakami”. Przeszedł ją dreszcz, kiedy zorientowała się, że zupełnie nie wie, gdzie jest, nie poznawała tej ulicy, ba, nie poznawała tego miasta. Niemal chwilę wcześniej siedziała we własnym domu, w swoim fotelu. Czyżby przespała jakąś długą drogę, a może nadal śpi?! Niemal krzyknęła, kiedy w tym samym miejscu, w którym opuściła taksówkę, zobaczyła na ścianie wielki biały napis wykonany kredą: „Jeśli chcesz, idź tędy…”. Pod ścianą leżał plecak i porządne górskie buty.

Oczywiście, że tędy nie pójdę. Co to w ogóle ma być? Plecak jakiś, górskie buty? Kto je zostawił i po co? Niby że ja mam chodzić w butach po kimś? Irytacja gruntownie ją otrzeźwiła. Zaraz, zaraz, jechałam spotkać się z Susan. Musiałam zasnąć w tej taksówce na dobre. Susan mieszka w różowym domu za zakrętem.

– Ale gdzie ja w ogóle jestem? – zapytała samą siebie, powoli rozglądając się po pokoju.
– Idiotka ze mnie, no kompletna idiotka! – wymamrotała pod nosem, uświadamiając sobie, że kompletnie nie ma pojęcia, gdzie się znajduje! Nie tylko buty i plecak, lecz także sofa, krzesła, stół, dywan, jednym słowem wszystko, co znajdowało się w pokoju, nie pasowało do żadnego znanego jej wnętrza.

Z każdym tyknięciem ściennego zegara początkowa irytacja powoli ustępowała miejsca wszechogarniającemu uczuciu strachu i paniki. Kiedy pomyślała, że gorzej już być nie może, popatrzyła w stronę okno i zbladła. Na jej czole pojawiły się drobne kropelki potu, oddech przyspieszył, a palce zacisnęły się odruchowo na oparciu fotela, w którym siedziała. Sielankowy widok na góry, który początkowo ją zachwycił, okazał się zwykłym zdjęciem wstawionym w imitację okna. Tak, w pokoju, w którym się znalazła, nie było żadnych okien.

– Wdech, wydech. Wdech, wydech – powtarzała w myślach. Już kiedyś była zamknięta. To właśnie wtedy nauczyła się, że nie może wpadać w panikę. Nie mogła sobie tylko przypomnieć, kiedy to było. I dlaczego w ogóle była zamknięta. Jakby była w pętli, drugi raz życie płatało jej figla. Zamknięcie – amnezja – zamknięcie – amnezja. I nic poza tym, żadnego śladu, że gdzieś tam na zewnątrz istnieje życie. Jakby jej własne składało się wyłącznie z tych fragmentów uwięzienia gdzieś poza czasem. Tylko ta mała sztuczna przestrzeń dookoła. I poczucie, że coś jej umyka. Coś ważnego, nieuchwytnego.

– Stąd musi być wyjście, przecież jakoś musiałam się tu znaleźć! – krzyknęła w myślach. Jej wzrok padł na czerwoną, mrugającą, ledwie widoczną diodę umieszczoną w rogu pomieszczenia…

Po chwili, gdy uważniej się przyjrzała, zauważyła, że to nie dioda, ale końcówka żarzącego się papierosa. Gdy oczy zdążyły przyzwyczaić się do ciemności, zdołała wychwycić nieokreślony kształt – nie przypominało to ludzkiej sylwetki, bardziej kogoś schowanego pod kocem. Nie widziała dłoni, która trzyma papierosa, ani wydmuchiwanego dymu. Pamiętała, że gdy była dzieckiem, matka często w ukryciu przed ojcem paliła u niej w pokoju. Tym razem jednak nie czuła smrodu tytoniu, nie czuła też w żaden sposób niczyjej obecności. Tylko ten niezidentyfikowany kształt i żarzący się punkcik. Zaczęła się zastanawiać, czy nie wróciły demony przeszłości, o których sądziła, że zdołała się ich pozbyć.

Nie chciała nawet o tym myśleć. Dziesięć lat. Dziesięć długich, bolesnych, męczących lat poświęconych na terapię u różnej maści psychoterapeutów, psychiatrów i cholera wie, kogo jeszcze. Tyle czasu, emocji, energii. Nie wspominając już o pieniądzach, których nigdy w jej domu nie było za wiele. Nie, to nie może się tak skończyć. Nie może być tak, że po tak długiej walce, po tylu wyrzeczeniach te koszmary znowu do niej powrócą i to z powodu jednego żarzącego się papierosa czy innej diody. Pomyślała, że musi to czym prędzej wyrzucić to z głowy i szybko wyszła z pokoju. Niestety. Niezidentyfikowany, żarzący się na czerwono punkcik podążył za nią.

Klucz zazgrzytał w drzwiach. Weszła do ciemnego mieszkania, które raz po raz delikatnie rozświetlał albo zepsuty neon na budynku nieopodal, albo wagony przejeżdżających pociągów.

– Siedem minut, a i tak zdążyłam zmoknąć – pomyślała, ściągając z siebie przemoczony doszczętnie płaszcz.

Spojrzała martwo w podłogę, o którą nieregularnie rozbijały się krople deszczu skaczące z jej włosów. Mimo starań nie mogła się pozbyć myśli, że to wszystko mogła być jej wina.

– Nie tak się umawialiśmy! – powiedział głos z rogu pokoju.

Zamarła. Spojrzała w tamtym kierunku z przerażeniem i dopiero teraz zrozumiała, że…

…na łóżku siedział kot!

Zwierzak patrzył na nią z ciekawością, lekko przechylając głowę. Najdziwniejsze było to, że pomiędzy jego wąsikami i brwiami przeskakiwały małe błękitne iskierki. Zupełnie jak te, które widzi się przy ściąganiu swetra po ciemku.

– Dobry wieczór – powiedział.

Cisza. Słychać było cichy trzask iskier. Chwila wydawała się ciągnąć wieki.

– Dobre maniery nakazują odpowiedzieć na powitanie – wymruczał niskim głosem.

– Dobry wieczór – odpowiedziała machinalnie. Szeroko otwarte oczy wpatrywały się w kota.

– Dobre maniery nakazują również, by nie gapić się na kogoś tak niegrzecznie.

Analizowała sytuację. Wszystko wydawało się znajome, znajdowała się w swoim pokoju, na ulubionym, idealnie miękkim łóżku, pośród ostatnio zakupionej pościeli z organicznej bawełny, na którą wydała zdecydowanie za dużo. Poczuła presję wywieraną przez wzrok kota, który oczekiwał odpowiedzi. Pierwsze, co przyszło jej do głowy: to pewnie sen.

Postanowiła to sprawdzić, ale nie uszczypnięciem, jak bywa to ogólnie przyjęte. Ścisnęła swoje udo w poszukiwania cellulitu, który we śnie na pewno by się nie pojawił – nie ma takiej opcji, by moja podświadomość pastwiła się nade mną tym czymś również podczas snu.

Po tym przemyśleniu obudziłam się ostatecznie. Zauważyłam, że za oknem świeci piękne słońce. Energicznie ruszyłam w kierunku łazienki. Po umyciu się posprzątałam trochę swój pokój i poszłam do kuchni. Przygotowałam przepyszne śniadanie. Pomidory, rukola, ser, jajko, trochę przyprawione ziołami, chleb i pyszna kawa. To wszystko, czego potrzebowałam w taki poranek. Zjadłam i zaczęłam się szykować do kolejnej rozmowy w pracy. Ale mój kot miał inne plany. Kiedy weszłam do pokoju, zobaczyłam istny burdel i masę rozszarpanych kabli.

…że szlag trafia człowieka! I jak tu, kurwa, żyć? Ta wstrętna, wyleniała łachudra znowu zniszczyła mi dzień. Który to, w ogóle, bałwan zostawił mi tego kota? Michał? Łukasz? A może to był Wojtek…? Nie… Wojtek numer 1 zabrał koty ze sobą, a ten drugi to ich szczerze nienawidził (albo raczej, jak sam mawiał, to one go nienawidziły). Czy ten kot już wtedy był u mnie? Hmm… nieważne, który mi tę łajzę podrzucił, ważne, że teraz nici z tej pierwszej rozmowy na Teamsach, którą miałam na dzisiaj zaplanowaną. Praca nie zając, mówią, a tu trzeba ją gonić wirtualnie i z rozwalonym routerem jest to niemożliwe. Niemożliwe… niemożliwe? Niemożliwe jest możliwe! Tego nauczyłam się na ostatnim coachingu Słowiańskiego Girl Power! Tak! Jestem SILNA! Tak! Mam MOŻLIWOŚCI! Tak! Nadchodzi OBFITOŚĆ! Krzyczałam, odkorkowując napoczętego wczoraj melbeca zebranego zapewne z dużą dozą rozmachu, bo lato wspomniane na etykiecie było ciepłe, a melbec wydawał się mi teraz kwaśny. Może dlatego, że było jeszcze przed południem.

Wsiadłam do tramwaju. Koronawirus? A co to takiego? Ludzie bez maseczek, ścisk jak w godzinach szczytu, mimo że już dziewiętnasta. Nagle pojawia się ona, wsiada do autobusu, siada na wprost mnie i zaczyna – jak to w autobusie przystało – głośną telefoniczną konferencję z koleżanką. „Wiesz co… byłam dziś w sklepie i kupiłam sukienkę taką, no taką wiesz”. Nie wiem. „Była też druga, taka bardziej wiesz… no taka ten”. Nie wiem. „Tak teraz myślę, czy nie wymienić tej pierwszej na tą drugą, bo ta druga ma takie no, i mam do niej torebkę z takim tym, wiesz, co nie?”. W sumie nie wiem, ale brzmi jak brief.

– Brief, brief, brief – powtarzam w myślach. Jak przy piosence, która gra ci w głowie cały dzień. Najnowsza myśl, z tych uporczywych. Dziwne słowo, irytujące. Jak mowa millenialsow, śląska godka i kaszubski bełkot. Gdybym objęła dyktaturę, kazałabym ścigać za tę nowomowę. Nevermind, niech ktoś coś, bo mi się nie chce.

Nagle robi się gorąco. Czuję, że twarz mi czerwienieje. Co jest? Czy moja ludzka pompa ssąco-tłocząca właśnie odmawia posłuszeństwa? Czy to atak paniki albo pierwsze objawy korony? Ta od sukienkowego briefu odrywa się od konferencji. Na twarzy ma wypisane pytanie: co ty odpierniczasz?

Pierwszy raz w życiu widzę, żeby człowiek zamiast mówić pisał sobie po twarzy. Ale zrozumiałam aluzję naprędce, bo tekst był kapitalikiem, przez duże K. Powoli szminką zaczynam pisać odpowiedź środkiem, na prawym policzku, że to tak na poważnie. Niestety w przypływie emocji zahaczam o nos i kolejna seria liter wygląda jak parada kulfonów. Nic to. Mam nadzieję, że chwyci. Więc szczerzę się do Sukienkowej, że mam to, że ta cała pisanina to nie żaden objaw protestu, walki o lepsze jutro dla naszych briefów, tylko próba nawiązania zwykłego, ludzkiego kontaktu. Bo twarze już nic nie mówią, tylko znaki. Fake-face’om nie można ufać.

Powoli się budzę. Za oknem, na konarach ptasiej muszli koncertowej jakiś ptasi Pavarotti daje popis swoich umiejętności. Ależ on prowadzi tę melodię. Nagle koncert się urywa. Sroki. Walą skrzekliwymi seriami jak z pepeszy. To one niepodzielnie rządzą w tej okolicy. I żaden skrzydlaty zapiewajło nie będzie się im tu popisywał. Ptasi dresiarze. Otwieram oczy, siadam i przecieram dłońmi twarz. Gwałtownie się zrywam. Moje dłonie są całe czerwone. Patrzę na nie zszokowany. Dopiero po chwili orientuję się, że to nie jest krew. Biegnę do łazienki i spoglądam w lustro. Cała moja twarz jest pokryta wielkimi czerwonymi literami. Na dnie umywalki leży połamana karminowa szminka.

Wielkie, tłuste, czerwone litery. PDF. EPS. RPG. Scena jak z zielonej szkoły w czwartej klasie podstawówki. Tyle że te czasy dawno minęły… chyba. W głowie pustka. Myśli pędzą gorączkowo – co tu się wydarzyło? Próbuję umyć twarz. Zimna woda działa kojąco, mózg powoli zaczyna działać. Umywalka wypełnia się czerwonym barwnikiem, a moja twarz odzyskuje oryginalny kolor. Przebłyski świadomości, flashbacki z wczorajszej nocy. Pojedyncze obrazy, dźwięki, twarze. Jeszcze nie jestem w stanie połączyć tego w spójną całość, ale wiem, że to tylko kwestia czasu. Po chwili sobie przypominam. LAN party z kolegami z zakładu. Na skajpie. Wszystko znowu traci sens.

Dalej do mnie nie dociera, w jakiej sytuacji się znalazłem. Po chwili spostrzegłem, że mój pokój jest biały i bez klamek. Przez te LAN parties będę musiał wykupić jakiś abonament. Ojciec mnie wcześniej pijanego nie widział, a tu nagle izba. Jestem głodny, a przez okno z kratami widzę znaczek KFC. W innej sytuacji bym zadzwonił po pizzę czy kebsa – ostrego na cienkim – ale jestem, gdzie jestem. Wtem otwierają się drzwi i wchodzi wielki typ, widać wychowany na podwórkowym MMA. Przez chwilę mignęło mi całe życie i czuję, że ten dzień będzie niesamowitym doświadczeniem. Gdy w końcu nastała godzina dwudziesta pierwsza, dostałem z powrotem swoje buty i kurtkę.

Wielki typ (a przecież grzeczniejszy i milszy ode mnie) siedzi, bo ktoś powiedział o jedno słowo za dużo i przez to musiał przepalone i zżółkniałe zęby zbierać. Jest już ciemno, głód minął ze strachu, ale człowiek, który był ze mną prawie cały dzień, uświadomił mi, jak bardzo można się pomylić, patrząc tylko na wygląd i posturę. Wracam do domu jak pies z podkulonym ogonem, brzuch pusty, ale w głowie kłębią się tysiące myśli: co ja powiem ojcu… Może powiem coś, czego nigdy wcześniej mu nie mówiłem, może zgaszę jego rozgoryczenie moją osobą i powiem coś „mądrego”, może „miłego”, bo nigdy nie wiesz, gdzie będziesz i co cię spotka w danym dniu…

A życie lubi zaskakiwać. Jak wtedy, gdy okazało się, że nie jestem rodzonym bratem swego brata. Tyle lat w kłamstwie i obłudzie. Ich, nie mojej. Przecież wtedy jako zasmarkany gnojek niewiele miałem do powiedzenia. Ale cóż. Nie ma co się nad sobą użalać. Ludzi spotykają większe nieszczęścia. Mogłem trafić do sierocińca, pod skrzydła zbyt kochających opiekunów. Jestem tu, gdzie jestem. I czeka mnie to, co ma się stać.

A gdzie teraz jestem? W gabinecie dentystycznym. Jak do tego doszło? Oko wielkiego brata, który nie jest moim rodzonym bratem, skierowało swoje spojrzenie w moją stronę. W wyniku nietrafionego żartu jego pięść zaliczyła spotkanie z moją szczęką. W starciu ucierpiał przedni ząb, który z prędkością światła zniknął z pola widzenia. Dokąd zaprowadziła go droga z wnętrza moich ust? Tego nie wiem. Moja natomiast zabrała mnie do miejsca, w którym jestem teraz – do gabinetu dentystycznego. Wyjdę z niego bogatszy o nowy ząb, z pustym portfelem, ale pełnym uśmiechem. Życie naprawdę lubi zaskakiwać.

Uśmiech szybko schodzi mi z ust. Przed gabinetem stoi On, tym razem z kundlem pod pachą. Znieczulenie przestaje działać, a facet zbliża się do mnie szybkim krokiem. Na jego wystającym brzuchu odbiły się ślady łap szczeniaka. Zaczynam uciekać w przeciwną stronę. Popołudniowe słońce wciąż mocno smaży, kiedy wpadam do pobliskiego lasu. Odwracam się i widzę, że kundel biegnie za mną. Dwie lewe nogi uniemożliwiają mi ucieczkę, potykam się i upadam z impetem w śmierdzący mech. Zanim świat zalewa ciemność, zauważam, że znalazł się bardzo blisko mnie, a plama na jego koszuli przypomina wielbłąda.

Mrużąc oczy, dostrzegam coraz więcej szczegółów zwierzęcia. Nagle wielbłąd uśmiecha się do mnie, ukazując swoje dolne uzębienie. Tonę w ciemnej otchłani jego pyska… Budzi mnie kołyszący ruch i lekki wiaterek, który rozdziela mi grzywkę. Słyszę tupot na trzy czwarte – patataj, potworny skwar. Jeśli wielbłąd ma w garbach wodę, to czy mogę ją wypić? Nagle w oddali znów Go widzę. Zastanawiam się, jak zmienić kurs, ale przede mną nie ma kierownicy. Cały czas mknę przed siebie, przy Nim dostrzegam kundla radośnie machającego ogonem. Nagle się zatrzymuję, kolana się uginają, więc schodzę. Idę w Jego stronę…

Ale im szybciej idę, tym bardziej się oddala, już widzę, jak Jego kształt się rozmywa w otaczającej, atramentowej ciemności chmur. Mrok przecina rozbłysk, a następujący po nim huk wielokrotnie odbija się dudniącym echem. W twarz uderzają mnie pierwsze, ciężkie krople deszczu i czuję zapach mokrej ziemi. Albo zapach mokrego psa? Był tu gdzieś jeszcze przed chwilą… Usiłuję zagwizdać, ale wiatr porywa dźwięk i nie wiem, czy mnie słychać. Tracąc poczucie kierunku, miotam się w mokrej ciemności po omacku w poszukiwaniu drogi. Już tracę nadzieję, gdy niespodziewanie słyszę swoje imię wypowiedziane wprost do ucha.

W pierwszej chwili nie zdziwiło mnie, że rozświetlana piorunami postać zna moje imię, przecież to mój pies. Nigdy wcześniej jednak nie mówił i jest jakiś inny. Teraz to już nie mały słodki piesek, jest wysoki, barczysty, ma na sobie garnitur, stoi dumny, wyprostowany, deszcz wydaje się go nie dosięgać. W jego oczach widzę spokój i mądrość, jakby skrywały niewypowiedzianą dotąd prawdę. Słyszę swoje imię jeszcze raz, tym razem głośniej. Czy ja śnię? Może trafił mnie piorun i ta sytuacja to kaprys wyobraźni nieprzytomnego ciała? Słowa, które następnie do mnie wypowiada, przekonują mnie, że to nie może być sen.

Rzeczywiście nie sen, ale była to bajka, do której trafiłem przypadkiem. Przecież wszystko się zgadzało: Nowy Jork, pies, błyskawica… I oto mnie olśniło, i przypomniałem sobie tytuł bajki, w której się znajdowałem: Piorun⚡️. Aczkolwiek nadal nie mogłem zrozumieć, dlaczego pies jest ubrany w garnitur Bonda i mówi do mnie słowami piosenki z filmu o agencie 007 Jutro nie umiera nigdy. Nie zastanawiałem się nad znaczeniem tych słów, natomiast w głowie już kiełkował pomysł na nową koncepcję reklamy dla Pedigree. Brakowało mi jedynie opinii konsumenta, więc zwróciłem się do psa z pytaniem.

Nie odpowiedział. Zacząłem desperacko szukać okularów. Pies zbliżył się do mnie ostrożnie, wyczuwając mój strach, i przyniósł mi je w pysku. Mogłem pisać! Na znalezionych skrawkach papieru tworzyłem dzieło na miarę Lassie, wróć! w 30-sekundowym formacie. Pies patrzył na mnie. Oczy pełne zrozumienia i psiego oddania zdawały się wyrażać podziękowanie. Nagle rzucił się na mnie, rozrywając wszystkie karteczki w śnieżny pyłek. Bałem się konfrontacji z jego wilczym instynktem. Gdy skończył, szczeknął i zawył coś, co zabrzmiało jak:
– A teraz zaczniemy wymyślać tę reklamę od nowa.

 

Czy ciąg dalszy nastąpi? Niewykluczone 😉